-

Godny-Ojciec : http://niepoprawni.pl/blogi/godny-ojciec

Edukacja, czy ogłupianie dzieci i rodziców?

Nie jestem zwolennikiem tzw „Edukacja Domowej”. Nigdy nie dam się wrobić w odwalanie za państwową szkołę antycywilizacyjnej roboty wg pokrętnych standardów i obcych podstaw programowych ogłupiających dzieci. Nie będę harował tylko po to by rosnąca w zastraszającym tempie banda edukatorów, mogła wysysać z moich dzieci owoce emocjonalnego i moralnego zniewolenia, oraz przedstawiać wychowawcze sukcesy rodziców jako swoje zasługi, a w zamian rodzicom przypisywać swoje deficyty.

Nie wyłożę na to złamanego grosza z własnych pieniędzy.

A więc co mogę zrobić? Sztoż dziełat'!?

Jak bronić dzieci przed agresją antykultury i pedofilii instytucjonalnej, które to plagi coraz bardziej zawłaszczają szkołę?

Żeby odpowiedzieć na te pytania trzeba w ogóle zrozumieć co się dziś dzieje w szkole i czym właściwie jest ta instytucja? Większość z nas, polskich rodziców, jest przekonana, że szkoła to nowoczesne narzędzie służebne, zbudowane na regule pomocniczości, zafundowane rodzicom przez przyjazne państwo dla ulżenia w trudnym i wyczerpującym dziele edukacji, oraz misji wychowania godnych następców.

Wierzymy w to propagandowe cacko prawie wszyscy, mimo że nigdy nie zaistniało ono w rzeczywistości. Na wiele godzin dziennie ufnie oddajemy nasze potomstwo w ręce funkcjonariuszy mało rozpoznanej przez nas organizacji, zajmującej się przymusem szkolnym, czyli przymuszaniem dzieci do wchłaniania treści i wzorów zachowań najczęściej sprzecznych z interesem ich i ich rodzin.

Nie dostrzegamy znaków zadających kłam stereotypom zniewalającym nasze myślenie. Bagatelizujemy sygnały ostrzegawcze zapowiadające zagrożenia. Często mylimy skutki z ich przyczynami, a kiedy już je dostrzeżemy, wpadamy w panikę przed nadciągającą katastrofą reagując histerią pogarszającą tylko nasze beznadziejne położenie.

Efektem takiej histerii najczęściej są: „Edukacja Domowa” i tzw „Szkoły Społeczne”.

Edukacja Domowa to nic innego jak wycofanie się w chałupnictwo, które ma na celu taką samą deprawację dzieci, tyle że staraniem i kosztem ich własnych rodziców. Służy do tego perwersyjny kompromis zawarty z rodzicami przez system, zwany obowiązkiem realizacji tzw podstawy programowej, którego wykonanie jest okresowo weryfikowane państwowymi egzaminami.

Tak zwana: „Szkoła Społeczna”, w naszych realiach funkcjonuje z nic już nie znaczącą etykietką „katolicka”. Jest to otorbiona pułapka na parweniuszy, beneficjentów i funkcjonariuszy systemu średniego szczebla, w postaci bańki wyizolowanej z realiów. Oparta jest ona na sekciarskim założeniu, że dzięki fizycznej i rytualnej izolacji od większości, oraz dodatkowym nakładom materialnym jest możliwe wykształcenie ich dzieci na autentyczną elitę intelektualną i przywódczą społeczeństwa. Oczywiście wszystko w ramach systemu edukacji reprezentowanego przez tę samą „podstawę programową”.

Podstawą programową jest oczywiście antykulturowy „gender”, czyli najnowszy wykwit neomarksistowskiej ideologii opakowany w pseudoekologiczną tolerastię, przesycony ekumeniczną pedofilią i antyfaszystowską masturbacją, czyli lekkostrawny, wszechogarniający bełkot.


 

No więc czym właściwie jest dziś szkoła?

Szkoła to po prostu pole walki o ciała i dusze dzieci, i nic więcej. Z jednej strony stoją biologiczni rodzice, zazwyczaj niezorganizowani i nieświadomi swego żałosnego położenia. Nawet tego, że właśnie uczestniczą w wojnie o życie, zdrowie i pomyślność własną oraz swych dzieci.

Naprzeciwko nich wychodzi instytucjonalny lewiatan z którego widoczny jest tylko interface w postaci ciała pedagogicznego, kokietującego urojone roszczenia rodziców. Ukryta jest natomiast struktura, hierarchia oraz instrukcje i lewary wprawiające w ruch i kontrolujące całą machinę.

Celem rzeczywistym obecnej szkoły jest odebranie biologicznym rodzicom dzieci i ich uprzedmiotowienie. Jeżeli się uda to fizycznie i natychmiast. Jeśli nie uda się, bo jeszcze naturalne instynkty i fundamenty katolickiej kultury są zbyt mocne, to w sensie duchowym i długoterminowym, poprzez aksjologiczne przeprogramowanie deprawacją, z jednoczesnym przerzuceniem na rodziców odpowiedzialności za skutki i materialnych kosztów całej operacji.

Celem rzeczywistym rodziców jest...

Niestety... u większości rodziców już nie istnieje cel rzeczywisty.

To znaczy nie udało mi się do tej pory spotkać żadnego rodzica, który sformułowałby jakieś cele rzeczywiste w odniesieniu do szkoły, a tym samym i wobec własnych dzieci, poza oczywiście ogólnikowym: „szczęścia, zdrowia, pomyślności”.

Na czym więc polega problem?

W takiej sytuacji żadnego problemu oczywiście nie ma, a na dowód przytoczę pewną historię.

Nie tak dawno temu, przemiłe panie przedszkolanki zaprosiły mnie wraz z innymi rodzicami na uroczystą pokazówkę edukacyjną. Panie zademonstrowały wówczas szereg sprytnych gadżetów, dobrze przemyślanych zabaw i ćwiczeń socjotechnicznych ułatwiających cztero-pięciolatkom przyswajanie literek. Rodzice byli wniebowzięci z powodu umiejętności swoich pociech z takim trudem wyuczonych.

Uświadomiłem sobie wówczas skąd u mojej córeczki wzięło się ostatnimi czasy parcie na bazgranie po wszystkim i popisywanie się znajomością literek. Wiele mnie i żonę kosztowało systematyczne odciąganie uwagi dziecka od tych grafomańskich natręctw.

Po pokazówce pochwaliłem oczywiście panie przedszkolanki za ich zaangażowanie i pasję, zaznaczając jednak że bardziej niż na umiejętności rozpoznawania abstrakcyjnych symboli zależy mi aby w wieku pięciu lat moje dziecko rozwijało to do czego zostało stworzone, czyli wrażliwość na piękno, spostrzegawczość na zjawiska z bezpośredniego otoczenia, refleks i koordynację ruchową, sprawność fizyczną, nawiązywanie relacji z innymi, poczucie rytmu, słuch muzyczny, smak i pamięć... Mało czasu, kurna...

Zwłaszcza na rozwijanie pamięci w wieku do 6 lat otwiera się w dziecku niepowtarzalna koniunktura. Jeśli tę szansę się przegapi i zmarnuje nigdy już później nie da się tego nadrobić. Kiedyś dawno temu gdy świat nie poszedł jeszcze tak do przodu i wciąż żyły prawdziwe babcie, rozumiejące tę prawdę i znające swoje obowiązki wobec kolejnego pokolenia, brały one wnuki na kolana i rytmicznie wypełniały im głowy setkami zabawnych wyliczanek, zagadkowych rymowanek, a nawet rymowanych zagadek.

Kiedy się dobrze rozwinie przyrodzone talenty dziecka, to w szkole da sobie ono radę z nauką czytania i pisania w miesiąc, no maksymalnie w dwa... Wiem to na pewno, na podstawie wcześniejszych doświadczeń ze starszym dzieckiem.

Na to przedszkolanki, ze zrozumieniem odparły, że owszem w pełni się ze mną zgadzają, ale niestety „podstawa programowa” każe im robić co innego.

  • Czyli że co? Tajemnicze dziwadło nazywane „podstawą programową” może determinować każdy aspekt życia naszych dzieci? – zapytałem może nazbyt retorycznie - nawet wbrew naszej woli?

  • Kogo interesują pańskie problemy wychowawcze? – nie wytrzymała liderka tutejszych mamusiek – ja na przykład żadnych problemów z wychowaniem swojego dziecka nie mam – rzekła i majestatycznie roztopiła się w powszechnym aplauzie.

Dzięki tej historii dowiedziałem się, że nic nie dzieje się przypadkiem, że już nawet w przedszkolu, rządzi ta wredna krowa: „podstawa programowa”. No i jeszcze, że żaden ze znanych mi rodziców, problemów z wychowaniem swojego dziecka nie ma.

To nic że potem, już za jakieś 4 lata, jak to się zdarzyło na zebraniu rodziców uczniów 3 klasy szkoły podstawowej do której chodziło moje starsze dziecko, okaże się nagle że 1/3 uczniów nie potrafi w ogóle czytać!!! A reszta, z wyjątkiem paru, tylko duka.

Und, tiepier szto? Kto winawat?

Całe lata wbijania do pustych głów literek na nic?

A do tego dla połowy uczniów poziom nauczania jest rzekomo zbyt wysoki i powstała nawet petycja na petycja kropka pl podpisana przez wszystkich rodziców, oczywiście oprócz mnie, żeby go obniżyć, ponieważ (i tu uwaga!!!) zatroskani rodzice już nie dają rady z odrabianiem lekcji za swoje jełopięta.

No rzesz kurna, też bym nie dał rady jakbym był taki zatroskany.

;)

Tylko mi teraz proszę tu w komentarzach nie wyskakiwać ze szczepionkami i temu podobnymi bzdurami bo zabanuję, słowo daję, bez ostrzeżenia.

 



tagi: gender  pedofilia instytucjonalna  neomarksizm  edukatorzy  podstawa programowa 

Godny-Ojciec
9 maja 2018 11:14
3     1124    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
jaguar @Godny-Ojciec
9 maja 2018 20:26

Szczepionka to nie jest bzdura.

 

zaloguj się by móc komentować


Godny-Ojciec @Godny-Ojciec
10 maja 2018 08:21

DMJ

31

Pani przedszkolanka ma mało czasu na zajmowanie się dzieckiem bo musi realizować "program" jaki ktoś jej podsunął z góry.Kogo interesuje zdanie pani przedszkolanki ? ....czy ktoś z nią konsultuje z góry narzucony program ?
Są "metodycy" którzy w zaciszu swoich biurek,gabinetów tworzą "programy" oni są "mądrzy" i "kompetentni" a panie przedszkolanki to tylko narzędzia do roboty i do opieprzania przez rodziców ,metodyków , wszechwładnych dyrektorów , zwierzchników na  wszelakich urzędach miejskich i wiejskich .
Rodzic ma mieć dobrze bo na kilka  dobrych godzin pozbywa się dziecka i ma pamiętać przy wyborach kto mu tę dobroć wyświadczył a reszta ....reszta jest tylko tłem...tak to się kręci.

09.05.2018 15:10

lechg

31

@DMJ Właśnie o tym napisałem. Coraz mniej ma do powiedzenia przedszkolanka i rodzic a coraz więcej niewidoczni i za nic nie odpowiadający ideolodzy wprowadzający neomarksizm za pomocą wytycznych i programów. Ale tak nie musi być można tych ideologów przepędzić na cztery wiatry, albo przynajmniej na początek zignorować, pod groźbą demaskacji ich głupoty.

09.05.2018 15:26

Aleksander Chłopek - outsider221

51

"Podstawą programową jest oczywiście antykulturowy „gender”, czyli
najnowszy wykwit neomarksistowskiej ideologii opakowany w
pseudoekologiczną tolerastię, przesycony ekumeniczną pedofilią i
antyfaszystowską masturbacją, czyli lekkostrawny, wszechogarniający
bełkot."
Mocne, ale chyba prawdziwe. Sprawdzę. Reszta też wiarygodna. Podstawa programowa i bezrefleksyjny nauczyciel.
Za PRL-u wiedzieliśmy (też penie niewielu z nas), że należy uczyć obok podstawy programowej, jedynie w dzienniku wypełniać obowiązujący temat zajęć.
Dziś świadomość n-li jest mniejsza, jak ogólnie w społeczeństwie.
Pozdrawiam

09.05.2018 15:30

lechg

21

@Aleksander Chłopek - outsider221
Nie wiem czy cokolwiek jest jeszcze w stanie ocalić nas Polaków przed katastrofą. Możemy być inteligentniejsi i lepiej wykształceni od wszystkich sąsiadów o 50% a i tak to będzie wciąż za mało żeby przetrwać w miejscu w którym jesteśmy.

09.05.2018 19:31

Aleksander Chłopek - outsider221

21

@lechg  - Z gorszych tarapatów i nieszczęść Polska wychodziła i odradzała się.
Choć rzeczywiście sytuacja jest dramatyczna, bo okazuje się, że PiS nie jest tym, czym - myśleliśmy - że jest.
Ale nie można myśleć katastroficznie - bo "jest tyle sił w narodzie/ jest tyle mnogo ludzi/ niechże w nie Duch Twój zstąpi/  I śpiące niech pobudzi"
Pozdrawiam

09.05.2018 22:27

Karolina Nowicka

31

A ja bym chciała, żeby moje dziecko w wieku pięciu lat umiało już czytać, jeśli nie pisać. To w niczym nie przeszkadza jego moralnemu, duchowemu czy intelektualnemu rozwojowi. Zamierzam rozwijać w dziecku pasję czytania, którą sama, niestety, utraciłam, na rzecz pośledniejszej rozrywki. Nie uciekniemy przed tabletami czy smartfonami, ale może uda się uratować choć trochę dawnego analogowego świata.

09.05.2018 17:29

+ Zobacz poprzednie komentarze

lechg

01

@Karolina Nowicka Mylisz się. Czas przeznaczony na naukę abstrakcyjnych znaków których nie ma do czego zakotwiczyć, to czas zmarnowany kiedy dziecko nie ma jeszcze odpowiedniego zasobu słownictwa i dużej wiedzy ogólnej o swym otoczeniu. Wiedzę tę dziecko zdobywa aktywnie wchodząc w interakcje z otoczeniem oraz poprzez zapamiętywanie jak największych ilości wartościowych informacji.
Pomagają w tym techniki zapamiętywania i nauka na pamięć wartościowych testów: wierszy, piosenek, pieśni, modlitw, ról w przedstawieniach teatralnych.

09.05.2018 19:18

Igor Kiełbratowski

30

@GPS , @Karolina Nowicka , z jakiegoś powodu pamiętam dalej, jak w moim przypadku wyglądała nauka pisania i czytania. W wieku 6 lat pewnego dnia zdałem sobie sprawę, iż większość ludzi potrafi pisać i czytać, a niektórzy moi rówieśnicy opanowali już tą umiejętność. Doszło do mnie, że prawdopodobnie bez tej umiejętności będę dysfunkcyjny, więc w typowo dziecinny sposób zapragnąłem się tego nauczyć. Nie zamierzałem nikogo prosić o pomoc ze strachu przed konfrontacją z ludźmi. Problem rozwiązałem więc samotnie, siedząc na krześle. Gdy uświadomiłem go sobie raz w przedszkolu, problem stanął przede mną następująco: Jak przełożyć zasłyszane słowa na formę pisemną, oraz formę pisemną na słyszalną? Największy kłopot stanowiły tu spółgłoski, których nie da się przełożyć na słyszalną formę bez posłużenia się samogłoskami. Dlaczego "m" przedstawia mi się jako "em", a kiedy pisze "ma" ludzie wypowiadają to jako "ma". Posiedziałem nieco na krześle i wreszcie się domyśliłem z przedziwną pierwszy raz odkąd pamiętam poczutą "Eureką". Pomocny był tutaj fakt, że polski jest bardzo regularnym językiem pod względem przełożenia języka mówionego na pisany. W innej sytuacji był Immanuel Kant, gdy przy nauce angielskiego narzekał, że nic nie mówi się, jak się pisze. Wróciwszy do domu zadeklarowałem raz tacie rozwiązanie tej zagadki i dwa, trzy razy z jego polecenia mu je zademonstrowałem. Tak to wyglądało.

Po co to napisałem? Otóż uważam, że dobra metoda wychowawcza nie powinna być oderwana od perspektywy dziecka, człowieka nieukształtowanego i obciążonego rozmaitymi przywarami w postaci pychy, nieuzasadnionej dumy niepozwalającej na przyznanie się do swoich niedostatków, roszczeniowości i nieświadomości zakresu własnej ignorancji. Właśnie to z takimi ludźmi w przedszkolu i podstawówce idzie nam się mierzyć. Dlatego tak oskarżająco mówimy o niektórych, że to gimbusy, które jeszcze się tych cech nie wyzbyły. Jak pisał św. Augustyn, dzieci to barbarzyńcy. Teraz pytanie: Jak mamy je ucywilizować choćby i przez naukę pisania i czytania? Doświadczenie sugeruje mi właśnie odpowiedź, że przez uświadomienie i wyjaśnienie dziecku problemu oralnej zależności spółgłoski od samogłoski. Nie mówię wcale, że to proste.

09.05.2018 20:08

GPS

11

@Karolina Nowicka "A jak bez znajomości literek nauczy się samo składać słowa?"

To bardzo proste - będzie słowom przypisywać dźwięki, bez rozkładania słów na mniejsze czynniki. Np. Chińczycy robią to bezproblemowo - na każde słowo mają osobny znak. Metoda nauki czytania słów w całości jest znana od dawna. Tak uczone dzieci czytają płynnie już w przedszkolu. Nie wiemy tego i nie rozumiemy, bo nas szkoła ogłupiła. Do tego służy.

09.05.2018 20:25

Karolina Nowicka

10

Panowie, daliście mi do myślenia. Niemniej chyba pozostanę zawziętą entuzjastką alfabetu. Tylko kiedy go wdrożyć?

09.05.2018 22:59

lechg

00

@Karolina Nowicka
Moje dzieci nauczyły się czytać kiedy demonstrowały że płynnie czytają wiersze, które umiały wcześniej na pamięć. Mamy taką książeczką z wyborem najlepszych wierszy polskich poetów. Ma ona tę zaletę że ilustracje są harmonijne, ładne ( od słowa ład) i wspaniale kotwiczą treść. Książka ma 300 stron i przez około roku nauczyliśmy się wszystkich jej tekstów na pamięć. Szukaliśmy tego typu książki miesiącami w stertach śmieci zalegających polskie księgarnie.

10.05.2018 07:47

lechg

00

@lechg
Właśnie moja młodsza córka nauczyła się ostatniego wiersza z tej książeczki. Na tę okoliczność dostała okolicznościowy dyplom :)
https://m.salon24.pl/3f1033630047ea4ccbcaa228dd26ff8d,750,0,0,0.jpg

10.05.2018 08:15

GPS

01

Ta notka sugeruje, że edukację niszczy jakaś konkretna "podstawa programowa". Ona jest zła. Ale gdyby była inna, dobra, to by było lepiej. Otóż ja twierdzę, że każda "podstawa programowa" narzucana przez państwo będzie zła. Zło nie tkwi w niej samej, ale w tym, że jest powszechna, centralna, narzucona z góry przemocą na dużej ludzkiej populacji. Podstawy programowe powinny konkurować tak jak wszystko!

Po prostu edukacja powinna być prywatna. Państwu nic do tego. I wtedy będą pojedynczy nauczyciele stosujący swoje własne metody nauczania, pojedyncze szkoły wdrażające swoje własne podstawy programowe i sieci szkół realizujące jakiś spójny, jawny system edukacyjny. A rodzice sobie wybiorą co dla ich dziecka jest najlepsze.

Tu wyjaśnienie dlaczego edukacja centralna, przymusowa, na dużą skalę, jest diabelska: https://www.salon24.pl/u/gps65/863500,edukacyjna-ludozerka

09.05.2018 18:13

+ Zobacz poprzednie komentarze

Karolina Nowicka

10

@GPS

Co z naukami ścisłymi?

09.05.2018 23:00

GPS

01

@Karolina Nowicka 

Trivium i Quadrivium to nauki ścisłe.

09.05.2018 23:07

Karolina Nowicka

10

@GPS

Biologia, fizyka, chemia?

A co z geografią? Wiedzą o społeczeństwie?

09.05.2018 23:12

GPS

01

@Karolina Nowicka 
Teraz trzeba znaleźć partię polityczną, albo samemu ją założyć, która opracuje odpowiadający nam program nauczania uwzględniający, lub nie, biologię, fizykę, chemię, geografię, wiedzą o społeczeństwie, czy kanon cywilizacji łacińskiej w postaci Trivium i Quadrivium. I gdy się nam to uda osiągnąć, to tym samym zmusimy wszystkich obywateli do przyjęcia tego naszego rozwiązania. Nawet jak byśmy chcieli, to ich nie zwolnimy z konieczności wypełnienia naszych wymagań. Więc jak tylko oni zdobędą większość, to nam nasze wymagania zlikwidują i narzucą swoje. I tak się będziemy bujać ogłupiając własne dzieci. 

To jest bez sensu. Lepiej by było, gdyby w celu realizacji swoich wymagań edukacyjnych trzeba było szukać wśród kilku niezależnych prywatnych sieci szkół, które zapewniają odpowiedni program, a jak się nie znajdzie, to znaleźć jakąś jedną odpowiednią szkołę, a jak takiej nie będzie, to znaleźć nauczyciela, który tak uczy jak chcemy, a jak nie, to samemu podejmiemy się uczenia, bez konieczności realizowania jakichś rządowych standardów.

Ja bym dziecko czytania nauczył sam przed 6 rokiem życia, od urodzenia bym uczył, do tego żadna szkoła nie jest potrzebna, tak samo jak nie jest potrzebna szkoła by nauczyć dziecko języka mówionego. Mówię do niego, to się uczy mówić. Jeśli bym tak samo mówił i jednocześnie pokazywał te wyrazy napisane, to bym nauczył czytać. 

I chciałbym mieć na rynku dostępną jakąś szkolę, do której mógłbym posłać płynnie czytające dziecko w wieku 7 lat. Na wolnym rynku byłoby takich na pewno sporo, bo jakieś 80% populacji zdrowych dzieci spokojnie może to opanować. Dziś takich szkół nie ma, bo państwo narzuca swoje bzdurne, starodawne, prymitywne standardy.

09.05.2018 23:55

lechg

00

@GPS Nie uczyłem dzieci czytać. Wręcz im to z żoną utrudnialiśmy, odciągając uwagę na ciekawsze rzeczy, bo szkoda nam było czasu na takie bzdury. Uczyliśmy się fajnych, mądrych, pełnych poczucia humoru wierszy Marii Konopnickiej, Juliana Tuwima, Jana Brzechwy, Aleksandra Fredry, Urszuli Kozłowskiej itd oraz tekstów piosenek, robiliśmy przestawienia.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować